piątek, 12 maja 2017

Pomajówkowo. Mroźno, ale fajowo.

Od naszego powrotu z majówki minął ponad tydzień, a ja dopiero dzisiaj mam chwilę usiąść i coś naskrobać.

Nasz weekend majowy trwał od 29 kwietnia do 2 maja.
W sobotę wyjechaliśmy rano, pojechaliśmy nad morze. Pierwsze Piaski.
Las, świeże powietrze, kilka kroków na plaże, mroźny wiatr.
Było naprawdę zimno. Jednak Antkowi to nie przeszkadzało. Ciągnął nas na plaże i niechętnie z niej schodził. Kalosze wypróbowane - kałuże w lesie były tylko jego.
Ile spacerowaliśmy, tyle samo później się rozgrzewaliśmy. Drugiego dnia to samo z tym, że słonecznie i jeszcze więcej spacerowania. Młody eksperymentował z wiaderkiem, szufelką i grabkami.












Trzeciego dnia ruszyliśmy z lasu i pojechaliśmy do Redy do aquaparku. Piszę POJECHALIŚMY, bo pojechaliśmy i wróciliśmy. Tutaj za wiele nie ma co pisać, bo jak zobaczyliśmy jaka długa jest kolejka, to tylko usiedliśmy w kawiarni, wypiliśmy co mieliśmy wypić i pojechaliśmy dalej.

Następnym przystankiem była Zatoka Pucka.
W dokładnie tym samym miejscu byliśmy w majówkę dwa lata temu. W poprzednim poście znajdziecie zdjęcia z tamtego miejsca. Poprzednio było całkiem pusto.
Tym razem było tłoczno, gdyż zjechali się kitesurfingowcy.
Nad głowami pełno latawców.


Reakcja Antka na ten widok była bezcenna. Zachwyt był tak głośny, że wszyscy się uśmialiśmy. Mnie i D. nawet przeszło przez myśl, żeby może wykupić sobie kilka godzin nauki na „kajcie”, ale okazało się, że nie ma żadnego instruktora, a wypożyczany sprzęt jest do testowania za darmo. Taka reklama. A szkoda.
Z drugiej strony może i lepiej, bo w ten ziąb raczej nie odważyłabym się wejść do tej lodowatej wody, a tylko byłoby mi szkoda, że przepuściliśmy taką okazję.
Zaraz za nami ustawiły się dwa kampery na noc.
Następnego dnia nazajutrz okazało się, że są to dwie rodziny z dziećmi.
W sumie trójką. Dwóch chłopców wiekowo jak nasz Młody.
Jak tylko się zorientowałam, szybko wzięliśmy wiaderko i poszliśmy razem z nimi kopać. Po jakimś czasie Antek już bawił się z sąsiadami pod ich kamperami na kocyku. To jest niesamowite jak on uwielbia towarzystwo innych dzieci.
Trochę porozmawiałam z rodzicami.
Są to ludzie, którzy jadą w każde miejsce nad morzem, gdzie trochę bardziej wieje. Podziwiam ich. Matki pakują cały majdan i jeżdżą z tymi facetami po to, żeby oni sobie mogli pośmigać z wiatrem. I to jest świetne. Są wyluzowani, zrelaksowani, uśmiechnięci i zdystansowani.
Nie każdy byłby w stanie kilka, a raczej kilkanaście tygodni w roku spędzić w domu na kółkach i to w dodatku z małymi dziećmi, gdzie w grę jeszcze wchodzą pieluchy.
Dodam tylko, że jedna z mam za tydzień miała termin porodu. I nie przejmując się, czy zdążą do szpitala, czy urodzi tu, na miejscu, po prostu spokojnie sobie siedzieli, popijali kawkę i z tego żartowali.



Uważam, że każdy, kto ma stresującą pracę, szybkie tempo życia, powinien na jakiś miesiąc wziąć takiego kampera, wyłączyć wszelkie urządzenia elektroniczne i pojechać po prostu przed siebie. Bez większych planów co, kiedy i jak.
Ostatni dzień naszego wyjazdu to był spacer po Gdańsku, kawałek rybki na obiad i zakup pamiątek.



Antoś podróż zniósł baaardzo dzielnie. Co jakiś czas potrzebować się ruszyć z fotelika. Jak każdy. My też nie usiedzieliśmy całej podróży w jednej pozycji. Kierowca tylko miał najgorzej, co nie? ;) Dziadkowie już wiedzą, że kamperem mogą z nim jechać na koniec świata, a nawet dalej.
Po tym wyjeździe już wiem, że jak tylko zrobi się w końcu ciepło, to zgarnąć Młodego wieczorem z podwórka na mycie nie będzie łatwo.

Odnośnie mycia... 
W kamperze kąpaliśmy go w misce na stole. Antek ma tak już zakodowane, kiedy powinien się myć, że pewnego wieczoru, jak zbliżała się jego pora, pokazał na stół i rozkazał „MYJ, MYJ”. Trzeba było zwijać karty i zabierać się do mycia Malucha.

Czekam na kolejny wyjazd.



Ev           .

3 komentarze:

  1. Super!
    Ja w poniedziałek wybieram się nad morze :)

    http://ja-godzianka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń