środa, 8 maja 2019

Węgry na weekend lub dłużej. Czy warto i co można zobaczyć?




Na pewno pamiętacie z dzieciństwa to uczucie, kiedy z klasą lub rodzicami wybieraliście się na jakieś wycieczki. Nuda. Jakby za karę.
Wam też się zmieniło?


Ja korzystam z okazji kiedy mogę - a niestety nie często mogę - i wybieram się na wycieczki jak tylko nadarzy się okazja.
Ostatnia była aż 7 miesięcy temu, kiedy to odwiedziliśmy znajomych w Norwegii. Niestety od tamtej pory ciężko było cokolwiek zorganizować – Damiana praca, moja nowa praca, Antek i ciąża. Ale w końcu coś udało się wykombinować.


Tym razem wybraliśmy się na Węgry. Rodzice mojego Damiana mieli już wcześniej plan, żeby tam pojechać na krótki urlop i udało nam się doczepić. Taki przedłużony wypad majówkowy. A jak z moimi teściami to nie inaczej jak kamperem.
Antek K O C H A kampera. Pierwsze 6 godzin to było tylko siedzenie. Zadawanie pytań, podziwianie widoków i mówienie każdemu po kolei, że go kocha. Jestem przekonana, że to był przejaw jego szczęścia i wdzięczności. Kochany jest. Czy uwierzycie, że 3,5latek przez 6 godzin siedzi spokojnie w samochodzie, nie marudzi, nie mówi, że mu się nudzi, nie poprosi o bajkę? Nie spodziewałam się tego. Później nie było wcale gorzej, przyszła godzina 21:00, powiedział, że jest zmęczony i chce się położyć spać. Aniołek.
Okazało się, że kolorowanki wodne i klasyczne, tablica magnetyczna do pisania, Piotruś Pan, książki, memory i inne zabrane z domu rzeczy nie przydały się. Po prostu fascynacja jazdy kamperem wygrała.
Spanie na parkingu i dalej w drogę.




Na początek winnica w Egerze. Obkupiliśmy się chyba na kilka lat :D I przyznam się bez bicia, że pomimo ciąży i cukrzycy z nią związanej, troszkę popróbowałam ich win. Oczywiście nie piłam, tylko próbowałam po kropelce. Koniec końców przywieźliśmy 18litrów win. Ale uwierzcie mi... Przy tym, co przywieźli moi teściowie to niewiele ;) Troszkę obeszliśmy miasto i ruszyliśmy dalej.


Termy.
Rodzice wygrzewali tyłeczki w borowinach na świeżym powietrzu, a nasza trójca wspaniale spędzała czas, dwa razy dziennie, na basenie. Miło jest widzieć jak dziecko przełamuje własne bariery, uczy się skakać do wody i nurkować. Miał niezłą frajdę z tego, że potrafi odważyć się na więcej. A nas oczywiście duma rozpierała.

Po czterech dniach zdecydowaliśmy, że odwiedzimy Bazylikę w Ostrzyhomiu. Jak dojechaliśmy, to już z daleka było widać wznoszący się nad miastem monument. Budowla naprawdę robi wrażenie. Nie bez powodu nazywana jest drugim Watykanem. Mnie osobiście zachwyciły główne drzwi wejściowe i przepiękne wnętrze.
Na lewo od bazyliki znajduje się wejście do zamku, a z prawej strony niedawno odsłonięty pomnik, upamiętniający koronację św.Stefana na pierwszego króla Węgier.
Więcej o tym miejscu możecie dowiedzieć się TUTAJ 
Ciekawe informacje są zawarte również na blogu WYPAD NA WEEKEND

Po Ostrzyhomiu przyszedł czas na Balaton. Zatrzymaliśmy się w miasteczku Siófok. Taki troszkę polski kurort nadmorski. Pełno knajpek, sklepów z pamiątkami i zabawkami. Piękna przystań, kaczki i łabędzie. Spędziliśmy tam pół pierwszego dnia i pół kolejnego. Po godzinie na małej łódce wyruszyliśmy w drogę.




Czas na stolicę – Budapeszt. Tutaj znowu piękne widoki. Na początku zaparkowaliśmy w centrum i poszliśmy obejrzeć Pałac Królewski na wzgórzu Buda, gdzie można zobaczyć pomnik konny . Imponujące. Wszędzie piękne tarasy widokowe. Chwila spacerkiem obiad i kolejny zachwyt! Kościół św.Mateusza i położona tuż obok Baszta Rybacka. Stąd również panorama na stolicę.
W drogę!
Stanęliśmy przy samej Cytadeli. Widok na piękne miasto wraz z Dunajem :) Zapiera dech w piersiach, poczekaliśmy na zachód, panorama wieczorem wygląda jeszcze piękniej :) Spędziliśmy tam ponad godzinę, trochę wiało chłodem, ale warto było poczekać :)
Spanko w kamperku.
Niestety nazajutrz prognozowali deszcz przez cały dzień. Sprawdziło się. Padało od samego rana. Jednak nie zniechęciło nas to i postanowiliśmy skorzystać z busów typu HOP ON – HOP OFF. Swoją drogą fantastyczne rozwiązanie. Do wyboru jest kilka linii – historyczna, widokowa, nocna i wodna. Każdy znajdzie coś dla siebie. Każda oznaczona jest innym kolorem i bilet ważny jest przez 24, 48 lub 72 godziny. W zależności jaką opcję się wybierze. Trasy mają od kilku do kilkunastu przystanków i na każdym można wysiadać i zatrzymać się na trochę. My wybraliśmy trasę czerwoną – historyczną, nasze busy akurat odjeżdżały co pół godziny. Warto pamiętać o tym, że takie usługi proponuje wiele firm i jak już się wysiądzie, to trzeba wsiąść do tej linii i firmy, u której został zakupiony bilet. W związku z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi większość atrakcji podziwialiśmy z wnętrza autobusu. Wielkim plusem takich przejażdżek jest multimedialny przewodnik. Przy każdym pasażerze jest miejsce na słuchawki, które dostaje się przy wejściu. Jest duży wybór języków, w tym również polski.
Zdecydowaliśmy się wysiąść pod koniec trasy, niedaleko miejsca, gdzie przejeżdżaliśmy kilka przystanków wcześniej. Postanowiliśmy odwiedzić Great Market Hall. Zabytkowa hala handlowa. Niby tylko taki targ, ale sądzę, że warto zatrzymać się tam chwilę dla pięknych balustrad. Na parterze sprzedaje się owoce, warzywa, mięsa, przyprawy i pamiątki, na piętrze znajdziemy odzież i punktu gastronomiczne. A przy gastronomii tyle ludu, ze lepiej się tam nie zapędzać! W podziemiach rybki i ich piękny zapach. Bleh!


Co do języka... Żadnego innego tak dużo na Węgrzech nie słyszałam jak polskiego... Gdzie się nie ruszyć tam wszyscy mówią po polsku. Polaków od zatrzęsienia, nawet spora część obsługi w sklepach dużo rozumie i mówi w naszym języku.


A teraz o naszych spostrzeżeniach dotyczących samych Węgrów.
Trochę niechlujni. Tuż przed powrotem do kraju weszliśmy w Budapeszcie do średniej klasy restauracji, która oferowała kilka zestawów dań dnia. Nie dość, że wnętrze brudne – kluski na ścianach, spora ilość kurzu na lampkach, sztućce po innych gościach pod stołem, to jeszcze bardzo małe porcje, niezbyt smaczne. Po zjedzeniu patrzymy na rachunek, a tam prawie 700 forintów nie wiemy za co. Okazało się, że pan na obsługujący, prawdopodobnie właściciel, doliczył sobie serwis. Wyszliśmy niezadowoleni. I to chyba była kwintesencja mentalności tego narodu.
Ceny na Węgrzech są raczej porównywalne lub niższe (chyba tylko kawa jest tańsza), niż w Polsce, jednak przeraża rachunek za obiad na pięć osób, który wynosi np. 19tysięcy forintów :D
Przydałaby się im denominacja, która u nas była już 1995roku.


Na koniec jeszcze moje spostrzeżenia dotyczące tego państwa. Jadąc tam myślałam, że wyjeżdżam do bardziej rozwiniętego kraju, niż Polska. Niestety na Węgrzech czas zatrzymał się jakieś 30 lat temu i jest jak u nas na początku lat 90tych.
Dobrze jest się tam wybrać poza okresem wakacyjnym, nie spota się tak dużej ilości ludzi.
Chętnie jeszcze raz się tam wybiorę, mam nadzieję, że pogoda będzie bardziej sprzyjająca i uda nam się więcej zobaczyć w Budapeszcie. Budynek Parlamentu jest na początku listy miejsc, które chciałabym zobaczyć :)

Poniżej zdjęcia z naszej wyprawy!


Ev.

EGER












































BAZYLIKA W OSTRZYHOMIU
































































BALATON















BUDAPESZT

Pałac Królewski na wzgórzu Buda























  Kościół św.Mateusza



  Kościół św.Mateusza i Baszta Rybacka



  Kościół św.Mateusza



  Baszta Rybacka


















 Widok na Budapeszt z Cytadeli










W autobusie HOP ON HOP OFF



 Grand Market Hall


















Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza